//
archives

Uncategorized

This category contains 12 posts

blog przeniesiony

Nowe wpisy dostępne pod adresem www.klaczynski.pl

 

Chiny/UE – nowe cła antydumpingowe

Mijający tydzień przyniósł kilka newsów w europejsko-chińskiej polityce handlowej: chińskie ministerstwo gospodarki nałożyło cła antydumpingowe na europejską skrobię i mączkę ziemniaczaną oraz światłowody, a Komisja Europejska  zniosła nałożone w 2005 r. cła na chińskie obuwie. Cła na skrobię i mączkę obowiązują od 19 kwietnia, a ich stawki są dość wysokie: 12,6% oraz  56,7%. Cła na włókna optyczne produkowane w UE i USA ogłoszono wczoraj, a obowiązują od dzisiaj (21 kwietnia), a stawki wynoszą 4,7% do 29,1%.

W postępowaniach przed chińskim ministerstwem gospodarki nie brali udziału polscy eksporterzy (a szkoda – zgodnie z zasadą, że nieobecni nie mają racji, będą objęci wyższymi stawkami).

Z kolei Komisja Europejska ogłosiła w tym tygodniu wygaśnięcie ceł antydumpingowych na chińskie obuwie wprowadzonych w 2006 r. na poziomie 16,5%. Spodziewany jest znaczący wzrost importu (o kilkadziesiąt procent w ciągu najbliższych miesięcy) oraz zmiana oferty kierowanej na rynek europejski – na buty droższe, produkowane dla znanych marek, w miejsce eksportowanych w ostatnich latach tanich butów sprzedawanych pod chińskimi markami. Chińska prasa donosi, że wiodące chińskie fabryki otrzymują w ostatnich dniach zamówienia po kilkaset tysięcy par butów każda. Oznacza to znaczącą porażkę m.in. polskiego przemysłu obuwniczego. Europejscy producenci butów starali się o przedłużenie ceł na kolejne 5 lat.

prawo islamskie

Wczoraj prezentacja o prawie islamskim i dyskusja panelowa o Islamic finance podczas Polsko-Arabskiego Forum Inwestycyjnego w Warszawie. Dyskusję błyskotliwie prowadził Richard Mbewe.

Moja prezentacja w pdf.

SGH – prawo indyjskie

Slajdy z zajęć na temat prawa indyjskiego.

SGH – arbitraż i antydumping

Materiały z moich zajęć na SGH: arbitraż i europejskie prawo antydumpingowe (po kliknięciu – pdf)

MFN i jurysdykcja w arbitrażu inwestycyjnym

Jeszcze niedawno nie budziło wątpliwości (przynajmniej wśród prawników zajmujących się arbitrażem), że klauzula najwyższego uprzywilejowania (MFN) w przypadku umowy o ochronie inwestycji odnosi się tylko do materialnoprawnego standardu ochrony, ale nie do jurysdykcji ani uprawnień proceduralnych. Od kilku lat nie jest to już wcale takie pewne: pojawiają się zupełnie rozbieżne orzeczenia, z tendencją (słuszną moim zdaniem) do obejmowania zakresem MFN również praw proceduralnych. Przykładem takich rozbieżności w orzecznictwie są wyroki w sprawie Maffezini v. Hiszpania (2000) i Plama v. Bułgaria (2004), obie sprawy rozstrzygnięte przez ICSID (link). W Maffezini arbitrzy uzupełnili proceduralne prawa strony wynikające z danej umowy o ochronie inwestycji „transplantami” z innych umów, rozszerzająco interpretując klauzulę MFN. Umowę hiszpańsko-argentyńską (mającą zastosowanie z uwagi na narodowość skarżącego) uzupełnili postanowieniami umowy hiszpańsko-chilijskiej , co pozwoliło na pominięcie ograniczeń co do jurysdykcji trybunału. Rozumowanie ze sprawyMaffezini w było równie często naśladowane jak i odrzucane w późniejszych sprawach arbitrażowych. W sprawie Plama skarżący żądał zastąpienia niekorzystnej klauzuli o rozstrzyganiu sporów oryginalnej umowy o ochronie inwestycji (cypryjsko-bułgarskiej) mniej restrykcyjną pochodzącą z innej umowy wiążącej Bułgarię (fińsko-bułgarskiej), powołując się na treść klauzuli MFN w umowie cypryjsko-bułgarskiej. Zgodnie z wyrokiem Palma „importowanie” korzystniejszych postanowień proceduralnych jest niedopuszczalne – i stanowisko takie wydawało się dominujące, aż do 2009 r. i orzeczenia w sprawie Renta v. Rosja, które wskazuje, że debata dopiero się rozpoczyna. Sprawa Renta jest elementem starań uzyskanie odszkodowania za nacjonalizację Yukosu: została wszczęta przez hiszpańską spółkę, która posiadała międzynarodowe kwity depozytowe Yukosu. Trybunał arbitrażowy zdecydował, że wbrew ograniczonej w zakresie jurysdykcji wynikającej z umowy o ochronie inwestycji między Hiszpanią a ZSRR, może rozpoznać skargę, gdyż zgodnie z klauzulą MFN (ze wspomnianej umowy hiszpańsko-radzieckiej) powinien zastosować korzystniejsze dla skarżącej spółki reguły co do jurysdykcji wynikające z umowy między Danią a Rosją. Orzeczenie Renta warto przeczytać z uwagi na wyczerpującą i ciekawą argumentację przeciwko rozróżnianiu stosowania klauzuli MFN do praw inwestorów o charakterze materialnym, proceduralnym i w kwestiach jurysdykcyjnych.

SGH – inwestycje w Chinach

Slajdy z moich zajęć – proces inwestycyjny, dostępne formy inwestycji zagranicznych w Chinach, spółka joint venture.

artykuł o arbitrażu inwestycyjnym (Rzeczpospolita)

dzisiejszej Rzeczpospolitej [10/12/2008] ukazał się mój artykuł na temat międzynarodowego arbitrażu inwestycyjnego będący polemiką z artykułem Cezarego Wiśniewskiego sprzed kilku dni:

Mity o międzynarodowym arbitrażu inwestycyjnym

Największymi krytykami arbitrażu inwestycyjnego są rządy najczęściej pozywane przez inwestorów – twierdzi Michał Kłaczyński, prawnik w warszawskim biurze międzynarodowej kancelarii Weil Gotshal & Manges

Wśród prawników popularna jest anegdota o młynarzu z Sanssouci i Fryderyku Wielkim: według niej król, któremu przeszkadzało skrzypienie młyna stojącego nieopodal jego letniej rezydencji, wezwał młynarza i zaproponował, że odkupi ten młyn. Gdy spotkał się ze zdecydowaną odmową młynarza, zagroził mu wywłaszczeniem bez odszkodowania. Na to młynarz miał odpowiedzieć: „są jeszcze sądy w Berlinie, Miłościwy Panie”. Fryderyk zdumiony śmiałością poddanego ustąpił, a młyn ocalał. Tyle legenda.

Prawdziwa historia jest bardziej pouczająca. W 1738 roku młynarz Grävenitz (nieznanego imienia) zainwestował w budowę młyna pod Poczdamem, w miejscu, gdzie dziesięć lat później stanął letni zamek króla. Rezydencja osłoniła młyn od wiatru, co sprawiło, że stał się on bezużyteczny. Młynarz pozwał króla o odszkodowanie i po 29 latach uzyskał wyrok Sądu Najwyższego na swoją korzyść, któremu to wyrokowi król się podporządkował – odkupił młyn i wypłacił odszkodowanie. A dzielny młynarz zbudował nowy młyn.

Historia młynarza z Sanssouci przyszła mi na myśl przy lekturze artykułu Cezarego Wiśniewskiego „Po co nam umowy o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji” („Rz” z 1 grudnia): opisuje ona ideę arbitrażu inwestycyjnego, odpowiada na tytułowe pytanie autora i demonstruje przy okazji, że lepiej dokonywać ocen na podstawie faktów niż zasłyszanych anegdot. Choćby te ostatnie wydawały się wyjątkowo wdzięczne.

Wątpliwe tezy

Dr Cezary Wiśniewski wyraża pogląd, że „analiza praktyki sporów międzynarodowych na przestrzeni ostatnich lat każe postawić tezę, iż szala przechyla się wyraźnie w stronę zagrożeń” wynikających z umów o ochronie inwestycji. I tej właśnie analizy najbardziej brakuje w komentowanym artykule, który wspomina tylko o wysokim odszkodowaniu zasądzonym od Republiki Czeskiej (Lauder/CME), o groźbie jeszcze wyższego odszkodowania w sprawie przeciwko Polsce (Eureko), o kontrowersjach dotyczących definicji pojęcia „wywłaszczenia” (Eureko) oraz „narodowości” inwestora (Tokios Tokeles). Jednak poważne zarzuty wobec samej instytucji międzynarodowego arbitrażu inwestycyjnego, które w artykule padają, nie zostały poparte rzetelną analizą kontrowersyjnych spraw (choć sprzeczne orzeczenia w sprawach Lauder i CME v. Republika Czeska, wydane na podstawie tego samego stanu faktycznego i bliźniaczych BITs wyjątkowo do takiej analizy zachęcają) ani ukazaniem ich w szerszym kontekście prawnym i gospodarczym. Należy stanowczo stwierdzić, że tezy Cezarego Wiśniewskiego nie znajdują poparcia w badaniach empirycznych (por. Susan Franck „Empirically Evaluating Claims About Investment Treaty Arbitration”, North Carolina Law Review, vol. 86, 2007).

Trochę statystyki

Na świecie zawarto ok. 1700 dwustronnych umów o wzajemnej ochronie inwestycji (tzw. BITs – bilateral investment treaties). Z danych za lata 1990 – 2006 wynika, że w tym okresie toczyły się 102 postępowania arbitrażowe na podstawie 89 osobnych stanów faktycznych (w 17 sprawach wydano więcej niż jedno orzeczenie), a spory te powstały na gruncie 49 spośród umów o ochronie inwestycji.

Spośród wspomnianych 102 postępowań jedynie 52 zakończyły się wydaniem merytorycznego rozstrzygnięcia, a z tych tylko w 20 sprawach przyznano odszkodowanie inwestorom. W pozostałych 30 zapadły orzeczenia na korzyść państw przyjmujących, a w dwóch zawarto ugody. Oznacza to, że w niespełna 20 proc. postępowań zapada rozstrzygnięcie na korzyść inwestora.

Kwestia odszkodowań

Średnia wysokość przyznanego odszkodowania to 10,4 mln USD, przy czym najniższe przyznane odszkodowanie wyniosło 24 tys. USD (sprawa Iuri Bogdanov v. Mołdawia), a najwyższe niespełna 297 mln USD (sprawa CME v. Republika Czeska). Inwestorzy domagali się przeciętnie (średnia) ok. 343 mln USD, podczas gdy zasądzane odszkodowania to przeciętnie ok. 10 mln USD (np. Methanex v. USA, Feldman v. Meksyk). Oznacza to, że przeciętne zasądzone odszkodowanie to jedynie 2,9 proc. roszczenia inwestora.Wbrew obiegowej opinii o wysokich odszkodowaniach przyznawanych w arbitrażu inwestycyjnym tylko w czterech sprawach przyznano inwestorowi więcej niż 10 mln dolarów: Metalclad v. Meksyk (16,7 mln USD), CME v. Republika Czeska (297 mln USD), Occidental v. Ekwador (71,5 mln USD) oraz CMS Gas Transmission Company v. Argentyna (133,2 mln USD). W kolejnych czterech od 5 do 10 mln USD (American Manufacturing and Trading v. Zair; Wena Hotel Limited v. Egipt; MTD Equity v. Chile; Tenicas Medioambientales Tecmed v. Meksyk). W kolejnych 13 sporach przyznano inwestorom odszkodowania w wysokości od 1 do 5 mln USD.

Brak jest danych (a przynajmniej nie są one łatwo dostępne) o kwotach rzeczywiście wyegzekwowanych przez inwestorów. Należy przypuszczać, że korzystne orzeczenie arbitrażowe w wielu wypadkach jest wstępem do negocjacji wysokości odszkodowania ostatecznie wypłaconego przez państwo przyjmujące.

Z dostępnych danych wynika zatem, że większość inwestorów nie otrzymuje żadnego odszkodowania, a do nielicznych szczęśliwców trafiają stosunkowo niewielkie kwoty.

Łatwo policzyć ryzyko wypłacenia odszkodowania przez państwo przyjmujące zarówno w wypadku zawarcia umowy o ochronie inwestycji (20 orzeczeń przez 16 lat przypadających na ok. 1700 umów), jak i w wypadku powództwa (20 orzeczeń przez 16 lat przypadających na 102 sprawy). Szczęściu warto oczywiście pomagać, nie naruszając gwarancji określonych w umowach inwestycyjnych.

Przydatny dla inwestorów i państw

Odpowiadając na tytułowe pytanie autora, po co nam arbitraż inwestycyjny, można stwierdzić, że przydaje się w równym stopniu inwestorom, jak państwom. Tym pierwszym daje bezpieczeństwo – gdy brak „sądów w Berlinie”. A państwom zapewnia wiarygodność: nie potrzebują go kraje o wysokiej kulturze prawnej oraz sprawnym i bezstronnym sądownictwie – inwestorzy preferują wówczas rozstrzyganie sporu przed sądem krajowym (co doskonale widać po niewielkiej liczbie spraw przeciwko USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii). Największymi krytykami arbitrażu inwestycyjnego są rządy najczęściej pozywane przez inwestorów (Wenezueli, Boliwii, Ekwadoru, Meksyku), choć im właśnie wiarygodność jest najbardziej potrzebna.

Orzeczenia w międzynarodowym arbitrażu inwestycyjnym, choć niepublikowane, są łatwo dostępne (por. popularne repozytoria internetowe: www.ita.uvic.ca, http://icsid.worldbank.org, http://investmentclaims. com).

[Rzeczpospolita, 10/12/2008]

Nasz artykuł o chińskiej gospodarce

W poniedziałek (31.03.2008) ukazał się artykuł, który napisałem wspólnie z Arkadiuszem Radwanem (szefem prawniczego think-tanku c-law.org) na temat roli, jaką Chiny odgrywają w gospodarce światowej. Poruszyliśmy m.in. zagadnienia nadwyżki w handlu międzynarodowym, którą Chiny inwestują zarówno w kredytowanie zagranicznych instytucji finansowych, tzw. SWF (sovereign wealth funds), rozwoju sektora wysokich technologii w Chinach oraz współpracy Chin z krajami rozwijającymi się (pozyskiwanie surowców naturalnych i nowych rynków w Afryce). Artykuł dostępny jest w archiwum Wprost tutaj.

***

Chiński narkotyk

Numer: 14/2008 (1319)

Jak chińska gospodarka uzależnia od siebie świat
Dobry wojskowy zwycięża wroga bez walki, zajmuje miasta bez oblężenia i w krótkim czasie zdobywa kraj. Odnosi zwycięstwa, nie trudząc żołnierzy” – napisał ponad 2,5 tys. lat temu Sun Tzu, chiński generał i strateg. Zakochani w jego traktacie „Sztuka wojenna” Chińczycy stosują się do tych rad. Bez żmudnych „oblężeń” zachodnich rynków i trudzenia własnych „żołnierzy” biznesu opanowują światową gospodarkę. Zalewają zagraniczne rynki swoimi towarami; przyciągają zachodnie koncerny skuszone możliwościami chińskiego rynku i sami śmiało inwestują w krajach rozwijających się. I kontraktują ogromną część surowców naturalnych wydobywanych na świecie. Dlatego coraz więcej państw staje się gospodarczymi zakładnikami Państwa Środka.
Rachunek za niskie ceny
W połowie 2007 r. dwóch przedstawicieli Komunistycznej Partii Chin udzieliło wywiadów, w których ostrzegli, że jeśli zajdzie taka potrzeba, Pekin może użyć wynoszącej 1,33 bln USD rezerwy walutowej jako politycznej broni, aby wywrzeć wpływ na Stany Zjednoczone. Chiny mają warte 900 mld USD amerykańskie obligacje. Gdyby w krótkim czasie Chińczycy zaczęli je sprzedawać na rynku, gwałtownie spadłaby ich cena i kurs dolara. W skrajnym wypadku mogłoby to nawet doprowadzić do załamania gospodarczego w USA.
Eksport jest bronią, która sprawia, że chińskie zasoby gotówki pęcznieją, a przy okazji uzależniają się od Chin zagraniczne gospodarki. Chiny są pierwszym dostawcą towarów dla Japonii, drugim dla UE i trzecim dla USA, a w każdym z tych wypadków ich udział w handlu szybko rośnie. USA w handlu z Chinami mają deficyt sięgający w 2007 r. aż 256 mld USD. Przez lata rząd w Pekinie stymulował chiński eksport poprzez sztuczne zaniżanie wartości juana. Środkiem takiej polityki było skupowanie dewiz, głównie dolarów amerykańskich oraz papierów dłużnych USA. W ten sposób Chiny kredytowały rozbuchaną konsumpcję Amerykanów, a deficyt USA w handlu z Chinami stale narastał.
Dzięki wciąż niskim kosztom pracy w Chinach są one w stanie oferować konkurencyjne cenowo towary i usługi. Dla USA czy Europy tani import z Chin oznacza m.in. możliwość utrzymywania u siebie inflacji w ryzach i obniżenia kosztów życia własnych obywateli. Z tych samych powodów – niskich kosztów pracy – zachodnie koncerny na potęgę inwestują w Chinach (w 2007 r. wartość zrealizowanych tam zagranicznych inwestycji sięgnęła 83 mld USD). Dla wielu z nich przeniesienie produkcji do Państwa Środka było jedyną szansą na utrzymanie się na rynku. W ten sposób od chińskiej gospodarki (a więc pośrednio chińskiego rządu, mającego ogromny na nią wpływ) – niczym od narkotyku – uzależniają się wielkie koncerny i całe państwa.
Punkt skupu surowców
Chiny uzależniają od siebie także producentów energii, surowców naturalnych i innych dóbr konsumowanych przez ich szybko rosnący przemysł. Liczby są wymowne: obecnie na Chiny przypada 40 proc. globalnego zużycia cementu, 31 proc. węgla, 30 proc. rudy żelaza i 25 proc. aluminium. Import z Australii i Ameryki Południowej napędza rekordowy ostatnio wzrost gospodarczy w tych regionach. Chiny podejmują też bardziej aktywne operacje mające zapewnić im stały dostęp do surowców, zwłaszcza w Afryce.
Chińsko-afrykański handel nabrał rozmachu w kilku ostatnich latach, osiągając wartość ok. 30 mld USD w 2006 r. (40-procentowy coroczny wzrost w latach 2001-2006). Już w 2010 r. prognozowane obroty wyniosą 100 mld USD rocznie (wzrastając do 50-60 proc. całej wymiany handlowej Afryki!). Przykładowo, rząd Konga ogłosił pod koniec 2007 r. zakontraktowanie u chińskich przedsiębiorców państwowych inwestycji infrastrukturalnych i górniczych na kwotę 12 mld USD. W zamian Chińczycy uzyskali dostęp do bogatych rud miedzi. Chiny przeznaczyły również ponad 2 mld USD na bezzwrotną pomoc, kredyty inwestycyjne i dotacje dla chińskich przedsiębiorstw inwestujących w Angoli – w rezultacie 25 proc. ropy naftowej wydobywanej w tym kraju trafia do Chin. Dzięki tej współpracy rząd Angoli mógł odrzucić ofertę pomocową MFW, która wiązała się z wymogami przestrzegania ścisłych kryteriów transparencji, dobrego zarządu i poszanowania praw człowieka. Współpraca chińsko-afrykańska układa się doskonale m.in. dzięki temu, że chińscy liderzy prowadzą politykę nieingerowania w wewnętrzne sprawy swoich partnerów gospodarczych.
Oprócz Afryki terenem wczesnych inwestycji zagranicznych Chin były sąsiednie kraje azjatyckie, na które przypadło 60 proc. inwestowanych środków. Kraje te stanowiły dla chińskich menedżerów dogodny poligon przed ekspansją w USA i Europie.
Polityczna pożyczka
Źródła fenomenu chińskich inwestycji zagranicznych należy upatrywać w gigantycznych rezerwach walutowych. Nagromadzone środki są obecnie coraz częściej lokowane w specjalne fundusze majątku państwowego (Sovereign Wealth Funds – SWF). Fundusze te są wehikułami do prowadzenia bardziej aktywnej polityki inwestycyjnej. Nabywają udziały w spółkach, a nawet całe spółki. SWF dysponują przy tym wielkim i ciągle rosnącym kapitałem – na początek Chiny przeznaczyły na ten cel 200 mld USD. Jeśli obecne tempo przyrostu dewiz się utrzyma, łatwo sobie wyobrazić, że fundusze SWF Państwa Środka mogą być zasilane kwotami sięgającymi 200-300 mld USD rocznie.
Z jednej strony, chińskie, singapurskie, koreańskie oraz bliskowschodnie SFW odegrały ważną rolę stabilizacyjną podczas obecnego załamania na międzynarodowych rynkach finansowych wywołanego kryzysem na rynku hipotecznym w USA. Niemal wszystkie większe instytucje bankowe otrzymały od nich paromiliardowe zastrzyki finansowe (przykładowo Morgan Stanley pozyskał 5 mld USD od chińskiego funduszu państwowego). W ten sposób SWF stały się znaczącymi udziałowcami międzynarodowych banków. Bariery stawiane ich inwestycjom na Zachodzie Chińczycy obchodzą poprzez wykorzystanie w transakcjach pośredników. Na przykład China Investment Corp. za 3 mld USD nabyła 10 proc. udziałów w Blackstone, amerykańskim funduszu private equity, za pośrednictwem którego może teraz inwestować w inne spółki.
Z drugiej strony, w taki sposób zamiast prywatyzować własne przedsiębiorstwa, rząd w Pekinie koncentruje się na nabywaniu – a więc w gruncie rzeczy nacjonalizacji – cudzych, zagranicznych firm.
Made for China
Niezależnie od funduszy państwowych coraz śmielej poczynają sobie również chińskie firmy. Przykładowo, w 2004 r. chiński koncern komputerowy Lenovo za 11 mld USD przejął od IBM sektor produkcji komputerów osobistych. Licznych akwizycji dokonała chińska spółka elektroniczna TCL, która przejęła upadłego niemieckiego wytwórcę sprzętu elektronicznego firmę Schneider oraz francuski dział produkcji odbiorników firmy Thomson. Również we Francji TCL przejął przedsiębiorstwo telekomunikacyjne Alcatel, natomiast Chalkis nabył firmę przetwórstwa żywności – Le Cabanon. Zagranicznym inwestycjom swoich firm sprzyja chiński rząd, udzielając im gwarancji i kredytów. Istotnym aspektem tych inwestycji jest transfer technologii i know-how. Coraz częściej też chińscy producenci decydują się na występowanie pod własnymi markami.
Przed kilkoma dekadami perspektywa Chin wobec Zachodu była ponura – samą tanią siłą roboczą nie można było konkurować z technologiami i kapitałem, które posiadał Zachód. Dziś to Zachód ma powody do obaw, trudno jest konkurować cenowo z tanią i niewyczerpalną siłą roboczą Państwa Środka, które obecnie dysponuje już porównywalnymi z Zachodem technologiami i kapitałem. Współcześnie z Chinami muszą się liczyć wszyscy: rządy, wielonarodowe korporacje i konsumenci. Próba obejścia się bez produktów made in China jest skazana na niepowodzenie (taki eksperyment opisała amerykańska dziennikarka Sara Bongiorni). Obecny kryzys na międzynarodowych rynkach finansowych wygląda na preludium do większej geopolitycznej zmiany. Chiny coraz dobitniej dowodzą zasadności nazwy, do której pretendują.

„Śmieciowa żywność” – granice ingerencji państwa

Trafiłem ostatnio na ciekawy wpis profesora Richarda Posnera na blogu prowadzonym przez niego wspólnie z profesorem Garym Beckerem. Posner dokonuje analizy skutków zakazu stosowania tłuszczów trans przez restauracje i firmy kateringowe wprowadzonego pod koniec ub. roku przez Stan Nowy Jork. Z podobnymi zamiarami (wobec tłuszczów trans) noszą się kolejne stany – Illinois, czy Massachussets (z tego ostatniego szczególnie bym się ucieszył). Dość rygorystyczne ograniczenia wprowadziły Kanada i Dania.

Posner chwali zakaz stosowania tłuszczów trans, posługując się dla potrzeb wykazania słuszności przyjętego rozwiązania metodologią ekonomicznej analizy prawa. W skrócie jego argument sprowadza sie do zestawienia dwóch kwot: kosztów ponoszonych rocznie przez restauracje w związku z koniecznością stosowania droższych (i zdrowszych tłuszczów) oraz strat dla gospodarki związanych z przedwczesną śmiercią oraz chorobami układu krążenia, do których przyczynia się spożywanie niezdrowej żywności. 60 milionów USD wobec 3,6 mld USD. Wygląda przekonująco – ale skąd wziął te kwoty?